Języki obce w naszym przedszkolu

 

„Qui apprend une nouvelle langue acquiert une nouvelle âme”
                                                                         Juan Ramón Jimenez
„Kto uczy się nowego języka, zdobywa nową duszę”

Od roku 2002 wszystkie nasze przedszkolaki uczą się dwóch języków obcych: języka angielskiego i języka francuskiego zgodnie z programami autorstwa Przedszkola Niepublicznego „Stokrotka”.
Zajęcia prowadzone są przez filologów z przygotowaniem pedagogicznym, posiadających wieloletnie doświadczenie w nauczaniu małych dzieci. Przedszkole „Stokrotka” jest pierwszym przedszkolem w Gliwicach, które wprowadziło systematyczną naukę języka angielskiego i francuskiego do podstawowego programu nauczania przez zabawę.
Dlaczego warto uczyć się języków obcych już w przedszkolu? Angielski wywodzi się z grupy zachodniej rodziny języków germańskich, francuski zaś z romańskiej rodziny języków indoeuropejskich. Angielski jest pierwszym językiem stosowanym w międzynarodowej komunikacji i uniwersalnym językiem całego świata. Wielojęzyczność rozwija myślenie krytyczne i pozwala patrzeć na świat wieloma zmysłami. To umiejętność komunikowania się ze światem i zdolność do odbioru świata.
Małe dzieci przyswajają języki obce bez wysiłku i naturalny sposób. Wiele badań potwierdza korzyści z wielojęzyczności, która rozwijana jest poprzez zabawę w wieku przedszkolnym. Dzieci mają swoisty talent do informowania się z dziećmi mówiącymi w innym języku. W naszym przedszkolu corocznie przybywa dzieci mówiących w obcym języku. W 2004 roku po raz pierwszy próg naszego przedszkola przekroczyła Kaoru (lat 5) i to właśnie język angielski i francuski był dla niej czasem, w którym wszystkie koleżanki i koledzy mówili jednym językiem. Dzieci wielojęzyczne są bardziej kreatywne i mają lepsze wyniki w uczeniu się matematyki. Rozumieją potrzeby ludzi, szanują świat i są wychowywane na Obywateli Świata.

 


 

Dowody na to, że 3-latek rozwija się prawidłowo

 

Trzylatek jest ciekawski,

ciągle pyta: co to? Dlaczego? Ma też coraz lepszą pamięć i chętnie uczy się powiedzonek, rymowanek, wierszyków.
Większość trzylatków:

– wie, jakiej jest płci, jak ma na imię, ile ma lat,                                                                                        – wie, do czego służy łyżka, kredka, krzesło, piłka, ręcznik, buty i inne przedmioty codziennego użytku.

Trzylatek jest sprawny fizycznie

Większość trzylatków:
– potrafi przeskoczyć małą przeszkodę, np. klocek,

– zejść po schodach,

– nawlec na sznurek duży koralik,

– przebiega 25 metrów bez upadku,

– potrafi przejść trzy metry na palcach,

– potrafi przejść po linii (trzy metry),

– jeździ na trzykołowym rowerku,

– wskakuje obunóż na stopień.

 

Pamiętaj: wspieraj dziecko, pokazuj mu jego mocne strony, zachęcaj do zabaw i baw się razem z nim!

 

Trzylatek umie się skoncentrować:

– potrafi kawałek przejść po linii,

– jeździ na trzykołowym rowerku,

– przelewa wodę z kubka do kubka,

– potrafi sobie przypomnieć, co robił wczoraj,

– potrafi stać kilka minut z zamkniętymi oczami.

Pamiętaj: nie popędzaj i nie rozpraszaj dziecka, nie wykonuj zadań za niego i zawsze chwal!

 

Trzylatek jest sprawny manualnie:

– potrafi złożyć kartkę na pół,
– prawidłowo trzyma ołówek,
– rysuje kółko,
– potrafi rozwinąć cukierek z papierka,
– nawleka koralik na sznurek.

Pamiętaj: zachęcaj dziecko do zabawy, nie zmuszaj, bądź cierpliwa.

 

Trzylatek jest samodzielny:

– próbuje się sam ubierać i wie, na jaką część ciała powinno się zakładać poszczególne części garderoby (nawet jeśli lewy but ląduje na prawej nodze, a spodnie tył do przodu),

– potrafi się rozstać z mamą, bo wie, że mama wróci,

– potrafi sam zjeść posiłek (nie musi tego robić perfekcyjnie – ma jeszcze na to czas!).

Pamiętaj: pokazuj, tłumacz, ale nie wyręczaj, rozmawiaj z dzieckiem, nie denerwuj się i nie karć, kiedy coś maluchowi nie wyjdzie idealnie.

 

Źródło: www.feminil.babyonline.pl

 


 

Jak myślą dzieci?

 

Jeżeli czytaliście coś z psychologii rozwojowej, wiecie że dzieci zaczynają myśleć logicznie dopiero gdy skończą siedem lat (sugerują to eksperymenty Inhelder i Piaget z roku 1958). Wiecie też, że są niezdolne do wczucia się w drugą osobę i spojrzenia na sytuację jej oczami póki nie skończą czterech lat (Wimmer i Perner 1983). Czy aby na pewno?

Głupie pomyłki dzieci
Istnieją trzy klasyczne eksperymenty, łatwe do przeprowadzania w domu, które wydają się potwierdzać, że dzieci nie potrafią logicznie myśleć.
1) Pokaż dziecku rysunek na którym są dwa białe kwiatki i cztery czerwone. Zapytaj: „Czy na rysunku jest więcej czerwonych kwiatków czy kwiatków?” Większość dzieci poniżej szóstego roku życia odpowie: „Jest więcej czerwonych kwiatków”.
2) Z pomocą drugiej osoby odegrajcie teatrzyk (z wykorzystaniem marionetek: Ani i Kasi). Kasia bawi się piłeczką. Następnie wkłada ją do koszyka i wychodzi poza scenę. Pod nieobecność Kasi, Ania przekłada piłeczkę w nowe miejsce – do pudełka. Wtedy pytamy dziecko: „Gdy Kasia wróci, gdzie będzie szukać swojej piłeczki?” Większość dzieci, które nie skończyły czterech lat odpowie, że Kasia będzie szukać piłeczki w pudełku (a nie w koszyku).
3) Ułóż na stole dwa rzędy identycznych monet (np. 1 zł). W każdym rzędzie jest 5 monet i są one równo ułożone. Odległość między monetami w górnym rzędzie jest identyczna jak w dolnym, a zatem pod każdą monetą w górnym rzędzie leży moneta z rzędu dolnego. Przelicz z dzieckiem – 5 monet u góry, 5 na dole. Teraz – na oczach dziecka zsuń ze sobą monety z górnego rzędu (tak by odległości między nimi były mniejsze). W tym momencie – na oko rząd górny wydaje się krótszy niż dolny, mimo że w obu jest tyle samo (pięć) monet. Spytaj dziecko, czy w rzędach jest tyle samo monet, czy w którymś jest mniej czy więcej? Dzieci cztero i pięcioletnie z reguły odpowiadają, że w górnym rzędzie jest teraz mniej monet.
Pytanie brzmi: czy błędy popełniane przez dzieci są skutkiem ograniczeń intelektualnych? A może chodzi o coś innego?

Tata niedźwiedź czy niedźwiadek?
Badanie autorstwa Haun i Tomasello, opublikowane w październiku 2011 sugeruje inne wyjaśnienie. Badano czterolatki. Każdy z nich siedział w osobnej kabinie i słyszał odpowiedzi innych dzieci, ale ich nie widział. Dzieciom polecono otworzyć książeczkę. Na pierwszej stronie był rysunek taty niedźwiedzia, mamy niedźwiedź i niedźwiadka. Dzieci miały czas na zapamiętanie rysunku. Potem poproszono je by przewróciły kartkę i powiedziały jaka postać jest przedstawiona na kolejnej stronie. U większości dzieci był to tata niedźwiedź. Jednak niektóre miały tam rysunek niedźwiedziątka. Okazało się, że jeśli czterolatki słyszą, jak pozostałe dzieci bez wahania mówią: „tata niedźwiedź” to choć same widzą niedźwiadka, w większości przypadków powiedzą: „tata niedźwiedź”. Gdy jednak dziecku z rysunkiem niedźwiadka zapewniono dyskrecję (to znaczy wiedziało, że inne dzieci nie usłyszą jego odpowiedzi) odpowiadało w większości wypadków zgodnie z prawdą: „niedźwiadek”.  Badacze stwierdzili, że już przedszkolaki są podatne na nacisk społeczny. Starają się odpowiedzieć tak, by przypodobać się innym.

Głupie dzieci, czy głupie pytania?
Odpowiadając na pytania dzieci biorą pod uwagę kontekst społeczny. Są przyzwyczajone,  że wiele z tego co się dzieje dookoła nich jest niezrozumiałe. Od urodzenia uczą się bardzo skomplikowanego świata, skomplikowanego języka. Jak? Przez obserwację kontekstu. Przecież nie uczymy mowy podając definicję każdego słowa. Co to znaczy „być grzecznym”? Maluch obserwuje kiedy mama nazywa go grzecznym synkiem. A zatem – gdy mówi proszę, dziękuję. Gdy słucha poleceń, gdy sprząta zabawki… Po jakimś czasie pojęcie „być grzecznym” nabiera znaczenia. Dzieci są bardzo uważnymi obserwatorami.
Gdy dorośli zadają dziwaczne pytania (tak jak w eksperymentach zaprojektowanych do badania rozwoju poznawczego), dzieci zastanawiają się – po co? Oznacza to, że niekoniecznie dziecko nie rozumie pytania, a raczej źle odczytuje, jakiej odpowiedzi oczekuje dorosły.
Odpowiedzi dzieci z opisanych na wstępie eksperymentów możemy zupełnie inaczej zinterpretować.

1) Inhelder i Piaget stwierdzili, że dzieci nie potrafią zrozumieć koncepcji kategorii ogólnych i podkategorii (kwiatki czerwone jako podkategoria kwiatków jako takich). Jednak pytanie:  „Czy jest więcej czerwonych kwiatków czy kwiatków?” JEST dziwaczne. Ludzie nie zadają takich pytań w prawdziwym życiu. Być może dzieci kombinowały: „To głupie pytanie, może dorosłemu chodzi o to, czy jest więcej kwiatków białych czy czerwonych?”  Gdy zadajemy pytanie inaczej, uzyskamy inne odpowiedzi.  Markman i Seibert  w roku 1976 pokazywali dzieciom winogrona, mówiąc: „Oto kiść winogron. Są tu zielone winogrona i fioletowe winogrona. Kto będzie miał więcej do jedzenia – ten kto zje zielone winogrona, czy ktoś kto zje całą kiść?” Gdy pytanie zostało zadane w „języku naturalnym” – o wiele więcej dzieci odpowiadało  prawidłowo.

2) Przejdźmy do eksperymentu z teatrzykiem. Eksperyment ten miał badać, czy dziecko potrafi zrozumieć inne osoby – popatrzeć z ich perspektywy. Wyniki badania skłoniły do wniosku, że dzieci są egocentryczne i nie potrafią zrozumieć punktu widzenia innych ludzi. A jednak od czasu Piageta powstało wiele badań świadczących o rozwoju empatii już nawet u niemowląt! W roku 1991 Siegal i Beattie powtórzyli eksperyment Piageta z teatrzykiem. Stwierdzili: być może dzieci myślą, że pyta się ich o to, gdzie Kasia ~POWINNA szukać piłeczki? Zadali więc nieco inne pytanie: „Gdzie Kasia NAJPIERW będzie szukać piłeczki?” Gdy ujęto pytanie w ten sposób, nawet trzylatki udzielały prawidłowej odpowiedzi.

3) Eksperyment z monetami także można inaczej wyjaśnić. McGarricle i  Donaldson w roku 1975 trochę go zmienili. Po policzeniu monet to nie dorosły je „ścieśniał”. Przychodził „niegrzeczny misio” i bawił się monetami ścieśniając górny rząd. Gdy teraz pytano dzieci „Czy w rzędach jest tyle samo monet, czy w którymś jest mniej czy więcej?” odpowiadały z reguły prawidłowo. Po prostu istniało logiczne wytłumaczenie dlaczego dorosły zadaje to pytanie – trzeba sprawdzić czy misio nie nabroił.

A zatem, czy inteligencja się nie rozwija?
Oczywiście wpływ kontekstu społecznego nie wyjaśnia wszystkiego. Pamiętajmy, że mózg dziecka intensywnie się rozwija, tworzą się miliony nowych połączeń, codziennie uczy się nowych pojęć, definicji, reguł, zależności. Jednak warto uświadomić sobie, że dzieci są o wiele bardziej inteligentne niż nam się wydaje i niż sugerują klasyczne badania z psychologii rozwojowej. W praktyce oznacza to – nigdy nie zakładaj, że dziecko czegoś „nie rozumie, nie kojarzy” – rozumie więcej niż nam się zdaje. A wnioski do których dojdzie mogą być dla nas bardzo zaskakujące.

 Źródło: http://www.bognabialecka.pl/

 


 

Dowody na to, że 4-latek rozwija się prawidłowo

 

Czterolatek jest sprawny fizycznie

Czterolatki są ruchliwe i aktywne. Dużo i chętnie się bawią, także z innymi dziećmi.

Większość czterolatków:

– potrafi jeździć na trzykołowym rowerku,
– podskakuje na jednej nodze,
– skacze z tapczanu,
– potrafi podskakiwać obunóż przeszkodę,
– stoi kilka sekund na jednej nodze,
– kopie piłkę do celu.

 

Czterolatek jest sprawny manualnie

Czterolatki lubią malować, rysować, układać, kolorować. Są coraz dokładniejsze. Większość czteroletnich dzieci bez problemu:

– przecina na pół mały kawałek papieru,
– rysuje krzyżyk, kółko,
– układa literkę „z” z patyczków,
– kopiuje kształty niektórych liter,
– układa proste puzzle,
– buduje wieżę z klocków,
– nawleka na sznurek większe koraliki.

 

Czterolatek dużo mówi

U czterolatków bardzo dynamicznie rozwija się mowa i rozumienie mowy, zadają dużo pytań, wszystko chcą wiedzieć i wszystko je ciekawi. Czteroletni maluch:

– tworzy neologizmy,
– zadaje dużo pytań,
– potrafi opisać coraz więcej stanów emocjonalnych,
– ma bujną wyobraźnię,
– zaczyna rozumieć następstwo czasów,
– zna kilka piosenek, wierszyków,
– zna imiona najbliższych mu osób: rodziców, rodzeństwa, krewnych, pań w przedszkolu, kolegów z piaskownicy,
– chętnie słucha bajek, historii i opowieści.

 

Czterolatek jest samodzielny

Czterolatek jest coraz bardziej samodzielny, coraz więcej czynności wykonuje sam. Większość czterolatków:

– zapina i odpina guziki,
– odkręca słoik,
– otwiera drzwi,
– myje i wyciera ręce i buzię,
– potrafi posmarować chleb masłem,
– korzysta ze sztućców,
– korzysta samodzielnie z toalety,
– samodzielnie myje zęby,
– potrafi samodzielnie zdjąć i założyć kurtkę, czapkę, szalik.

 

Źródło: www.feminil.babyonline.pl

 


 

Jak mówić do dziecka „NIE”

 

zy mówienie “Nie, nie rób tego” do dziecka zawsze jest słuszne i potrzebne? Z czego wynika częste oburzenie rodziców lekko surowym podejściem do wychowania? Wydawało by się, że tytułowy problem powinien rozpatrywać jakiś psycholog. My jak wiadomo pomijamy rady dawane przez psychologów. Stąd też skupiamy się na czystej praktyce, a ta wymaga odpowiedniego podejścia do dziecka.

 

Zacznijmy od wyjaśnienia po co w ogóle mówić dziecku NIE? Przecież zwykle to słowo jest tylko wyrazem arogancji i nadużywania rodzicielskiej władzy. Innymi słowy, mamy kaprys i ciągle mówimy dziecku nie rób tego, tamtego nie dotykaj. Ono ciągle słyszy tylko zakazy. Patrząc na taką osobę można wręcz wyciągnąć wniosek, że z tego tylko powodu jest złym rodzicem – ciemiężcą swojego dziecka i na nic mu nie pozwala. Oczywiście istnieją przypadki takich rodziców, ale ja zakładam, że kochasz swoje dziecko i nie robisz mu takiej krzywdy. Chcę jedynie przekonać i upewnić Cię, że rozsądne używanie słowa “Nie” w stosunku do dziecka może tylko wyjść mu na dobre.

Odmowa jako element władzy

 

Odmawianie jednemu człowiekowi prawa do czegoś przez innego nieodłącznie wiąże się ze sprawowaniem władzy drugiego nad pierwszym. W naszym przypadku władzą jest rodzic a podwładnym dziecko.

Hierarchia władzy na świecie panuje odtąd, odkąd ludzie zostali postawieni na Ziemi. Od zawsze miała ona jakichś władców, a władcy z czasem stanowili pewne prawa, które miały być przestrzegane przez obywateli.

Czym zatem jest prawo? Czy nie zbiorem zakazów? Dlaczego nie mogę przejeżdżać na czerwonym świetle samochodem gdy mam taką ochotę? Otóż nie mogę, bo zabrania mi tego prawo.

 

Prawo i zakazy mają na celu wprowadzenie ładu i porządku dla wszystkich ludzi. Przenosząc to na życie rodziny możemy powiedzieć, że zakazy wprowadzane przez rodzica nie mają na celu dyskryminacji dziecka, a jego dobro i bezpieczeństwo. Dodatkowo zakazy służą też całej rodzinie i relacjom między jej członkami. Np. “Nie wolno otwierać furtki i bawić się z psem sąsiada” bo pies może zagryźć dziecko na śmierć, a rozwścieczony pogryzie też innych – tatę, siostrę itp.

Rozsądek przede wszystkim

 

Władza ma różne aspekty – dobre i złe. Dobrym na pewno jest porządek i bezpieczeństwo. Złym natomiast jest to, że lubi być przez ludzi nadużywana. Rodzic mający władzę decydowania co dziecko może, a czego nie może łatwo może popaść w tyranię i odmawiać dziecku wszystkiego. Nie na tym jednak polega mądre sprawowanie rodzicielskiej władzy. Psycholodzy lansują pogląd, że trzeba dla dziecka ustalać reguły i tutaj wyjątkowo się z nimi zgadzam (ale to dlatego, że to jest ich wymysł). Problem jednak zaczyna się w momencie gdy chcemy egzekwować przestrzeganie przez dziecko tych zasad. Co robić, gdy maluch na słowa zakazu zaczyna się buntować, tupać i tarzać po podłodze? Co w takich przypadkach robi władza? Czy nie stosuje kary?

Wg. psychologów jeżeli dziecko jest nieposłuszne, to na pewno dlatego, że się pomyliło, albo że czasem dobre zachowanie mu nie wychodzi. Współczesny rodzic niestety coraz częściej nie ma u dziecka autorytetu i wtedy gdy dochodzi do egzekucji ustalonych wcześniej zasad, dziecko się buntuje, a rodzic stoi bezsilnie jak sierota. Ewentualnie co mniej cierpliwy zaczyna się szarpać z dzieckiem.

 

Istnieje też poważne ryzyko, że jeżeli będziemy przesadzać z używaniem “Nie”, w dziecku załamie się duch i dziecko będzie zachowywać się jak wystraszone i będzie bało się cokolwiek zrobić, bo przecież ma prawie same zakazy. Będzie się też bało ludzi, a nawet może dojść do tego, że będzie bało się matki czy ojca. Dlatego tak ustalenie zasad jak i ich egzekucja musi być zrobione obowiązkowo z rozsądkiem. Nie możemy regulować zasadami każdej chwili życia dziecka, bo wpadniemy w to co obecna “demokratyczna” władza w Polsce – chce kontrolować wszystkich i wszystko. My skupmy się tylko na tym, co ma największy wpływ na późniejsze życie dziecka. Porządek, pracowitość, bezpieczeństwo, pomoc potrzebującym – to niektóre z tych rzeczy.

Egzekwowanie zasad

 

Drodzy rodzice, w każdym systemie prawnym zasady żeby były egzekwowane musi być użyta siła lub częściej wystarczy groźba jej użycia. Czy będzie to siła psychiczna w formie autorytetu, czy siła fizyczna w postaci klapsa (nie mylić z biciem i maltretowaniem) jednak ZAWSZE jest to siła. Dam przykład – jeżeli przeskrobiesz coś jako kierowca (a o to bardzo łatwo) i zostaniesz złapana(y) przez panów w niebieskich czapeczkach to spróbuj odmówić przyjęcia mandatu, albo nie zatrzymaj się dla kontroli. Co wtedy się wydarzy? Otóż Policja UŻYJE SIŁY, a użyje jej tylko po to, żeby wyegzekwować od Ciebie prawo.

Niestety w Polsce prawa rodziców do egzekwowania swoich zasad wychowawczych systematycznie są ograniczane. Tak przez państwo poprzez uchwalanie ustaw zakazujących “przemocy fizycznej i psychicznej” czy też przez samych rodziców, którzy ulegli “radom” z różnych źródeł. Ostatnio Polski Sejm odebrał nam rodzicom ostatnie argumenty wychowawcze. Od lipca 2010r. nie tylko nie wolno dziecku dawać klapsa, ale też niczego zakazywać, nie narzucać swoich poglądów (a czyje w takim razie?) jak też poglądów i zachowań seksualnych.

Odmawianie jako element miłości

 

Większość z nas kocha swoje dzieci i dla nas to nie ulega najmniejszej wątpliwości, żeby było inaczej. Ale czasem zapędzamy się w myślenie rodem z New-age, gdzie miłość wygląda jak poklepywanie po ramieniu, czułe słówka “kocham cię” i tym podobna sielanka. Musimy uświadomić sobie, że mówienie dziecku “nie” czasem jest konieczne właśnie tylko z powodu miłości – tego że je kochamy! Wróćmy do przykładu z psem. Co motywuje rodzica do wydania zakazu kontaktów z obcym zwierzęciem? Czy to tylko widzimisię? NIE! – czysty przejaw troski o zdrowie i życie naszego dziecka! To właśnie dowód naszej miłości do naszego kochanego i bezbronnego dziecka.

 

Na pewno zasady służą dobru dziecka, a mówienie “Nie” jest podstawowym elementem dobrego wychowania. Muszę tutaj zaznaczyć, że same zakazy nie spowodują dobrego zachowania dziecka. Dziecko potrzebuje zachęty i zauważenia swoich osiągnięć przez rodziców, ale to już osobny temat, który opiszę wkrótce.

Miejmy też na uwadze, że konsekwencje błędów popełnionych w wychowaniu dziecka nie miną z czasem i nie przyschną. Wręcz odwrotnie – najczęściej przybiorą na sile i zaniedbania wychowawcze z wieku dziecięcego wybuchną w wieku nastoletnim. Mam nadzieję, że ani mnie, ani Was nigdy to nie spotka, ale chcę, żebyście mieli tego świadomość.

Jerzy Łach

Źródło: WWW.dzieciaki.net.pl

 


 

Moje dziecko jest uparte

 

Dziecięcy upór nierzadko doprowadza do rozpaczy zarówno rodziców jak i ich przedszkolne wychowawczynie.

Ale co to właściwie znaczy, że dziecko jest uparte?

Uparte dziecko zwykle cechuje bardzo silne poczucie niezależności. Z jednej strony jest to zjawisko bardzo pozytywne, ponieważ osoby niezależne są zwykle stanowcze, pewne siebie, zdecydowane i wytrwałe. Z drugiej – niezależności towarzyszy zwykle nieustępliwość, kłótliwość i buntowniczość. Silna wola upartego dziecka zwykle stoi jednak w sprzeczności z tym, co dorośli uważają za najlepsze dla niego. Dlatego głównym zadaniem osób, pod których opieką (rodzice, opiekunowie, wychowawcy) jest takie dziecko, jest umiejętne skierowanie ku odpowiednim celom.

Wiele typowych cech „uparciucha” ma związek z jego temperamentem, czyli wrodzoną skłonnością do reagowania w określony sposób.

Na ogół uważa się, że temperament jest cechą wrodzoną każdej jednostki. Prowadzone badania psychologiczne wykazują jednak, iż zachowanie dziecka jest wypadkową temperamentu i stosowanych metod wychowawczych. Dlatego tak trudno rozgraniczyć te dwa czynniki warunkujące proces wychowania dziecka.

Uważa się zatem, że u podstaw postępowania dziecka leży jego temperament, ale charakterystyczne zachowania dziecka (dobre lub złe) kształtuje dopiero jego wychowanie społeczne.

Do najczęstszych kłopotów, jakie sprawiają małe i uparte dzieci, należą: napady złości, agresja, problemy z jedzeniem, ubieraniem się, kłamstwa i rywalizacja między rówieśnikami.

Napady złości mają określony cel, którym jest próba zwrócenia na siebie uwagi lub sposób na otrzymanie upragnionej rzeczy. Jeżeli dziecko ma skłonność do reagowania w ten sposób, należy dążyć do ograniczenia częstotliwości i zmniejszenia intensywności tych zachowań. Pomóc w tym mogą następujące zalecenia:

  • chwalimy dobre zachowanie dziecka, ilekroć poradzi sobie ono z daną sytuacją w odpowiedni sposób, nie wykorzystując płaczu, krzyku i ciskania przedmiotami
  • podejmujemy działanie zanim rozpocznie się napad, zwykle poprzedza go złe zachowanie (płacz, krzyk)
  • ignorujemy napady złości: nie jest to łatwe, ale daje pewność, że dziecko nie otrzyma nagrody w postaci zainteresowania się jego osobą – oczywiście nie polega to na pozostawieniu dziecka samemu sobie,
  • starajmy się, aby napad złości nie przyniósł pożądanych przez dziecko rezultatów w postaci, na przykład, uniknięcia czegoś, tylko dlatego, że krzyczy i płacze,
  • nie pozwólmy wyprowadzić się z równowagi – nigdy na dziecko w takiej sytuacji nie krzyczmy,
  • po ataku złości nie wracajmy do tego, nie roztrząsajmy,
  • dajmy dziecku do zrozumienia, że rozumiemy jego zdenerwowanie, ale dopiero wtedy, gdy się uspokoi. Można wtedy powiedzieć: „Przykro mi, że byłeś tak strasznie zły, ale takie zachowanie nie jest dobrym rozwiązaniem„ – dziecko w wieku przedszkolnym potrafi już zrozumieć taki komunikat,
  • z czasem możemy też uczyć wyrażania swoich uczuć za pomocą słów: kiedy dziecko nabierze w tym wprawy, ataki złości staną się coraz rzadsze.

Wiele upartych dzieci bije, popycha, gryzie, rzuca różnymi przedmiotami, aby osiągnąć określony cel. W późniejszym wieku tego typu agresja słabnie, ale najczęściej zastępuje ją agresja słowna. Dlatego warto pracować nad tym, aby redukować tego typu zachowania jeszcze w dzieciństwie.

Istnieje kilka sposobów:

  • podobnie jak w przypadku napadów złości chwalmy malucha, kiedy swoją frustrację rozładowuje w sposób nieagresywny,
  • kiedy kryzys mija, uczymy dziecko innych, niż agresja zachowań. Począwszy od trzeciego roku życia możemy udzielać takich na przykład rad: „Jeśli jesteś zły, weź głęboki oddech i przyjdź ze mną porozmawiać”, z czasem dziecko nauczy się stosować tę metodę,
  • ograniczajmy oglądanie nieodpowiednich programów telewizyjnych,
  • okażmy dziecku, że rozumiemy jego złość, ale jednocześnie dajmy mu do zrozumienia, że takie zachowanie nie będzie akceptowane. Możemy wtedy powiedzieć: „Wiem, że byłeś zły, ale nie wolno Ci nikogo uderzyć, nawet, jeśli byłeś wściekły”.

Współuczestniczenie w wychowaniu upartego dziecka nie jest zadaniem łatwym. Jeśli jednak nie podejmiemy żadnego działania, trudności z jego zachowaniem będą narastały i zaowocują poważnymi problemami w szkole.

Powyższy tekst jest jedynie sugestią, wskazówką dla często bezradnych i bezsilnych rodziców oraz wychowawców małych uparciuchów.

Opracowała: Edyta Ruta

 


 

Czy wychowywać bezstresowo?

 

Wystarczy na dowolnym spotkaniu (choćby u cioci na imieninach) rzucić hasło „wychowanie bezstresowe”, by rozgorzała gorąca dyskusja pełna ostrych słów:

(„To najkrótsza droga, by wychować tyrana”), wstrząsających przykładów z życia („Rodzice mu pozwalali na wszystko i teraz…”), złotych myśli („Dzieci i ryby głosu nie mają”, „Klaps jeszcze nikomu nie zaszkodził”) oraz – zdecydowanie mniej licznych – głosów obrońców („Przecież tu wcale nie chodzi o pozwalanie maluchowi na wszystko!”).

Zawsze znajdzie się też ktoś, kto przytoczy starą anegdotę o chłopczyku (kopał staruszkę w tramwaju), jego mamie (nie reagowała, twierdząc, że wychowuje dziecko bezstresowo) oraz studencie (przykleił owej mamie gumę do żucia na czole, twierdząc, że on również był wychowywany w ten sposób).

Pojęcie „wychowanie bezstresowe” jest więc rozumiane najczęściej jako wychowanie bez jakichkolwiek zasad, pozwalanie dziecku na wszystko włącznie ze smarowaniem psa pastą do butów i chodzeniem spać z nieumytymi zębami. Można jednak pojmować je całkiem inaczej: jako wychowanie bez krzyku i bicia, z szacunkiem dla dziecka, ale bez rezygnowania ze stawiania granic. A więc jak to jest z wychowaniem bezstresowym? Stosować je czy nie?

Dopinguje do działania

O wychowanie bezstresowe zapytaliśmy psychologa Beatę Chrzanowską z Uniwersytetu dla Rodziców. – Jeśli rozumieć ten termin jako pozwalanie malcowi na wszystko i chronienie go przed wszelkim stresem, to zdecydowanie odradzam – mówi. – Po pierwsze dlatego, że stres stale towarzyszy naszemu życiu, więc nie da się uchronić przed nim dziecka. Gdybyśmy chcieli to zrobić, musielibyśmy nakarmić je, zanim będzie głodne, podać misia, zanim go zapragnie itd. Słowem: zlikwidować wszelkie napięcia, a to przecież jest niewykonalne.

Doktor Chrzanowka podkreśla, że nawet gdyby było to wykonalne, to takie postępowanie nie przyniosłoby nic dobrego. Dziecko niczego by się nie nauczyło, bo i po co ćwiczyć mówienie albo chodzenie, skoro mama odgadnie wszelkie życzenia, przyniesie, poda… Wbrew temu, co sądzimy o stresie (że trzeba z nim walczyć, pokonywać go itd.), on sam w sobie nie jest taki zły. Napędza nas, stymuluje, skłania do działania i rozwoju.

Jestem bezpieczny

O to drugi ważny powód przemawiający za tym, by nie wychowywać bezstresowo: zrezygnowanie z wszelkich ograniczeń, zakazów i nakazów naraża malucha na stres o wiele głębszy, wpływający na całe jego życie.

– Dziecko, któremu wszystko wolno, czuje się zagubione. Jest małe, nie zna świata ani reguł, które nim rządzą, a że nie ma mądrego przewodnika, musi poruszać się w nim po omacku. Sprawdza, jak daleko może się posunąć – tłumaczy Chrzanowska. – W książce „Mały tyran” opisano malca, który jadł tylko wtedy, gdy rodzic stał na drabinie na zewnątrz budynku i miał na głowie kapelusz. Zwariował? Nie! Skoro rodzicie nie stworzyli reguł, chłopiec rozpaczliwie próbował zaprowadzić własny porządek. Taki malec jest też samotny, bo nie ma w swoich rodzicach oparcia. Jak może mieć, skoro pozwalają sobą manipulować?

To ryzykowne

Powodów, dla których malucha nie powinno się wychowywać bezstresowo, jest dużo więcej. Dziecko wychowane w ten sposób:
– Nie uczy się reguł, które rządzą życiem, liczenia się z innymi dziećmi i dorosłymi, podporządkowania się nauczycielom itd. Z czasem jest mu z tym coraz trudniej.
– Jest skoncentrowane na sobie, nie liczy się z innymi, a to nie przysparza przyjaciół.
– Nie potrafi na nic czekać ani podejmować żadnego wysiłku. Wszystko chce dostać natychmiast, a jeśli tak się nie dzieje, rośnie w nim ogromna frustracja i agresja.
– Uważa, że świat za progiem jest zły, bo nie pozwala sobą manipulować tak jak rodzice. Prędzej czy później usłyszy: „Nie ze mną te numery” i staje się nieszczęśliwe („Jak to? Świat nie jest na moje usługi?”).
– Nie potrafi zmierzyć się ze stresem. Bo nie miało okazji tego przećwiczyć.
– Nie ma pewności, czy w ogóle jest kochane, gdyż brak reguł może odczytywać jako brak zainteresowania.

Bez krzyku i bicia? Tak! A więc co robić? Trzymać dziecko krótko, pilnować, by bez szemrania wypełniało nasze rozkazy, postępować w myśl zasady, że „dzieci i ryby głosu nie mają”, karać, nakazywać? A może nawet wymuszać posłuszeństwo przemocą? (Przemoc to nie tylko bicie, ale także popychanie czy szarpanie oraz złe słowa: szydzenie, poniżanie, obrażanie, szantażowanie odebraniem uczuć).
– To także nie jest dobra metoda – mówi Beata Chrzanowska. – Traktowane w ten sposób dziecko niewiele się uczy poza tym, że ma być posłuszne i wypełniać rozkazy silniejszych. Nie rozumie, dlaczego ma coś robić albo czegoś nie robić. Robi lub nie, bo boi się kary. Takie dzieci są często wycofane, nieufne, nie mają własnego zdania, nie wiedzą, czego pragną i potrzebują. Mają niskie poczucie własnej wartości. Świat jest dla nich groźnym miejscem, a one same czują się malutkie, słabe i nic nieznaczące. Mogą też buntować się i kłamać, a potem zwiać gdzie pieprz rośnie, gdy tylko będą wystarczająco duże.
Złoty środek

Najlepszy jest oczywiście złoty środek. Ba, tylko co to właściwie znaczy? Dla każdego coś innego, w każdej rodzinie obowiązują inne reguły. W jednym domu można wygłupiać się przy stole i rzucać wierszykami w rodzaju: „Kto mlaszcze, dostanie w paszczę”, w innych jest to nie do pomyślenia. Nie ma w tym nic złego, bo nie ma przecież idealnego wzorca rodziny. Grunt, żeby reguły były rozsądne i by stosować je w miarę konsekwentnie. Aby traktować dziecko z szacunkiem, ale i samemu wymagać go od dziecka.

 

Beata Turska (Mamo to ja)

 


 

Wielka moc bajek

 

Bywa, że dziecko czegoś się boi lub czymś martwi, a Ty nie wiesz, jak mu pomóc. Prawdziwym ratunkiem okazuje się specjalnie skonstruowana bajka. Przedstawię kilka wskazówek, które ułatwią tworzenie bajek pomagających rozwiązać problemy Twojego dziecka. Siła tkwiąca w terapeutycznych bajkach bazuje na następujących przesłankach:

1. Moc wyobraźni

Od wieków wyobraźnia i wyobrażenia były istotnymi źródłami mądrości, uzdrawiającej siły dla kogoś, kto miał problemy. Należy pamiętać, że umiejętności wizualizacyjne i wyobrażeniowe człowieka są ogromne. Jest to jedna z cech, która różni gatunek ludzki od innych istot żywych. Wyobraźnia wpływa na naszą fizjologię (np. wyobrażając sobie cytrynę powodujemy, że następuje wydzielanie śliny i jej napływanie do ust) oraz reakcje emocjonalne (np. wyobrażenie sobie, że ktoś, kogo kochamy choruje, powoduje autentyczne pogrążenie się smutku z tego powodu). Moc wyobraźni jest ogromna, nie sposób jej przecenić.

2. Odwrażliwianie

Odwrażliwianie jest jedną z technik behawioralnych, polegającą na uczeniu się reagowania na lękotwórczy obiekt (np. pająka) odprężeniem, a nie paniką. Odwrażliwianie może odbywać się dzięki wyobrażeniom.
Warto przypomnieć, że strach wywołany określonym obiektem jest naturalną reakcją u dzieci z danej grupy wiekowej – noworodki boją się utraty fizycznego wsparcia, nagłych i głośnych dźwięków; 8-miesięczne dzieci najbardziej boją się rozstania z mamą; w 2-letnich dzieciach strach może wywoływać spłukiwanie sedesu, wypuszczanie wody z wanny; 3-letnie dzieci boją się postaci z wyobraźni; 4-letnie dzieci strachem napełnia ciemność.

3.Modelowanie

Kolejna z technik behawioralnych, która polega na uczeniu przez demonstrowanie. Model prezentuje sposób radzenia sobie z problemem, aktualnie przeżywanym przez dziecko. Modelowanie może polegać na rzeczywistym pokazie lub na wyobrażeniu sobie konkretnej sytuacji. Kiedy dziecko wyobraża sobie osobę, która z powodzeniem wychodzi z trudnej dla siebie sytuacji, samo nabiera wiary, że jemu także się uda, ponadto uczy się, jak sobie poradzić z danym problemem.

 

4. Identyfikacja

Utożsamianie z bohaterem bajki pozwala na przejęcie jego zachowania, które doprowadziło do rozwiązania danego problemu w określony sposób.
Tworzenie bajki i korzyści z niej płynące:
Dziecku trudno mówić o swoich problemach. Nie potrafi zwerbalizować swojego strachu, a czasem nawet go rozpoznać. Może też obawiać się, że jeśli wyrazi strach słowami, wówczas on się nasili (dziecko stosuje w tym wypadku „magiczne myślenie”). Spójrz na świat oczami swojego dziecka.
Bohater bajki musi być bardzo podobny do Twojego dziecka, ale nie może być nim. Przede wszystkim należy zmienić imię głównej postaci opowiadania, zabieg ten da dziecku poczucie bezpieczeństwa. Inne szczegóły z życia dziecka powinny być bardzo bliskie oryginału (np. opis pokoju, zabawek, itp.) lub zgodne z nim całkowicie (np. wiek). Bohaterem bajki może też być zwierzątko, które dzielnie radzi sobie z określonymi trudnościami (najlepiej bliskie dziecku lub podobne do niego). W każdym z przypadków dziecko powinno identyfikować się z bohaterem bajki.

Poczucie bezpieczeństwa wywołane przeświadczeniem, że jakaś sytuacja nie zdarzyła się mi (dziecku), tylko komuś innemu, sprawia, że można ją przemyśleć, zbliżyć się do niej, lepiej zrozumieć samą sytuację oraz uczucia jej towarzyszące.

Słuchanie o przeżyciach kogoś, kto doświadcza czegoś podobnego jest pocieszeniem. Dziecko zyskuje przekonanie, że nie jest samo, nie tylko ono przeżywa dany problem.
Działanie terapeutyczne ma już samo spędzanie czasu z rodzicami. Niezależnie od treści historii, dziecko doznaje uczucia przyjemnej, uspokajającej bliskości z jednym z rodziców. Treść opowiadania pomaga dziecku w pokonywaniu kłopotów, a jednocześnie wzmacnia więź pomiędzy dzieckiem i rodzicami.

Opowiadanie powinno być bliskie temu, co dzieje się w życiu dziecka, jego zakończenie zależne jest od wyobraźni rodzica. Istotne jest, aby zakończenie bajki było pozytywne (należy dać dziecku nadzieję, że zdoła znaleźć wyjście ze swoich kłopotów). Dziecko, które nie wierzy, że uda mu się rozwiązać dany problem, nie znajdzie motywacji do wysiłku, żeby coś zmienić, podda się.

Droga do pozytywnego zakończenia bajki będzie z pewnością inna w każdej historii. Musi to być coś, co Wasze dziecko będzie mogło przyjąć i wykorzystać (może wynikać z praktycznej techniki – np. odwrażliwiania, może też wynikać z wiedzy, np. że nawet ogromny smutek z czasem osłabnie i stanie się możliwy do zniesienia).
Dziecko może wykorzystać to, czego się nauczyło na podstawie jednej z bajek i posłużyć się tą wiedzą w wypadku innych trudności.

Pamiętaj, że odpowiednio skonstruowana bajka jest bardzo skuteczna, pozwala dziecku dowiedzieć się czegoś o sobie i swoich problemach. Dzięki bajce dziecko czuje się silniejsze, przekonuje się, że ma wsparcie i jest rozumiane przez najbliższą sobie osobę – przez rodzica.

 

(superkid.pl)

 


 

Pierwsze dni w przedszkolu – bez stresu

 

Rodzice odgrywają niebagatelną rolę w przygotowywaniu dziecka do pójścia do przedszkola. Podpowiadamy, w jaki sposób „oswoić” pociechę z przedszkolem.

Każdemu z nas zależy na tym, by dziecko czuło się w przedszkolu dobrze, bezpiecznie i komfortowo. Oddając je na cały dzień pod opiekę wykwalifikowanych, ale bądź co bądź obcych nam i maluchowi osób, mamy często poczucie dyskomfortu i wyrzuty sumienia. W pewnym sensie czujemy, że oddalamy się od własnego dziecka, opuszczamy je.

Nic bardziej mylnego! Jeżeli postaramy się, żeby dziecko rozpoczęło edukację przedszkolną dobrze do niej psychicznie i emocjonalnie nastawione, okaże się, że wspomnienia z przedszkola będą dla niego pozytywnym bagażem uczuciowym na całe życie. Przecież my sami mamy dobre skojarzenia z czasem własnego dzieciństwa związanego ściśle z pobytem w przedszkolu. Jeśli pozytywnie nastawimy dziecko do nowego etapu w życiu, sami będziemy mieli lepsze samopoczucie, obserwując jak bardzo cieszy się ono na myśl o nowym dniu w przedszkolu, spotkaniu z rówieśnikami i nauczycielami. Dzięki temu nauczymy malucha również samodzielności i damy mu możliwość szerszego poznania świat, niż sami bylibyśmy w stanie zapewnić. A to przecież takie ważne!

Jak zminimalizować negatywne skutki adaptacji dziecka do przedszkola?

  • Nie przeciągaj pożegnania w szatni, pomóż dziecku rozebrać się, pocałuj je i wyjdź, przekazując maluszka nauczycielowi.
  • Nie zabieraj dziecka do domu, kiedy płacze przy rozstaniu – jeśli zrobisz to choć raz, będzie wiedziało, że łzami można wszystko wymusić.
  • Nie obiecuj: jeśli pójdziesz do przedszkola, to coś dostaniesz; kiedy będziesz odbierać dziecko, możesz dać mu maleńki prezent, ale nie może to być forma przekupywania, lecz raczej nagrody. Z czasem ten bodziec stanie się zbędny.
  • Kontroluj, co mówisz. Zamiast: „już możemy wracać do domu”, powiedz: „teraz możemy iść do domu”. To niby niewielka różnica, a jednak pierwsze zdanie ma negatywny wydźwięk.
  • Nie wymuszaj na dziecku, żeby zaraz po powrocie do domu opowiedziało, co wydarzyło się w przedszkolu – to powoduje niepotrzebny stres.
  • Jeśli dziecko przy pożegnaniu płacze, postaraj się, żeby przez kilka dni odprowadzał je do przedszkola tata lub inna osoba, którą dziecko zna.
  • Staraj się określać, kiedy przyjdziesz po dziecko w miarę dokładnie: nie mów „przyjdę, kiedy skończę pracę”, ponieważ dziecko nie wie, o której godzinie rodzice ją kończą. Lepiej powiedzieć: „odbiorę cię z przedszkola po podwieczorku/po obiedzie”. To dla dziecka dobra miara czasu, gdyż wie, kiedy są posiłki. Najważniejsze jest to, by DOTRZYMYWAĆ SŁOWA!
  • Nie okazuj negatywnych emocji: nie płacz, nie wracaj pod drzwi, gdy słyszysz, że maluch płacze. Takie zachowania są u dziecka rozpoczynającego funkcjonowanie poza środowiskiem rodzinnym zupełnie normalne! Jednak kiedy zobaczy, że rodzic czuje się niepewnie w sytuacji pozostawiania swej pociechy w przedszkolu, będzie miało wrażenie, że dzieje się coś złego, a to spotęguje stres.
  • Każde dziecko uspokaja się w zasadzie od razu po zamknięciu drzwi do sali, ponieważ absorbują je nowi koledzy, wielość zabawek, a życzliwa i uśmiechnięta pani zawsze dziecko przytuli, weźmie na kolana i uspokoi, zajmując uwagę dziecka czymś miłym i pozytywnym.
  • Tłumacz dziecku, że reguły obowiązujące w przedszkolu są dobre. Dzieci lubią, gdy ich świat jest uporządkowany i ma swoją harmonię. Brak zasad i wymogów ze strony nauczyciela sprawia, że dziecko odczuwa chaos, a to powoduje z kolei brak poczucia stabilności i bezpieczeństwa w nowym miejscu.
  • Wszystkie wątpliwości lub pytania kieruj do nauczyciela. To osoba, która spędza z dzieckiem większość dnia, więc doskonale je zna i jest kompetentna w swoim zawodzie. Na pewno uzyskasz pomoc i osiągniesz porozumienie. Dziecko widząc, że rodzice rozmawiają z nauczycielem, czuje się bezpieczne.

Jak przygotować swoją pociechę do rozłąki, wymagań i zasad panujących w przedszkolu?

  • Kupujcie razem z dzieckiem wyprawkę przyszłego przedszkolaka. Jeśli dziecko samo wybierze kapcie, piżamkę do spania, kolorowe kredki czy też woreczek na strój do ćwiczeń, wtedy przychodząc do przedszkola we wrześniu będzie miało coś swojego, co do niego należało wcześniej i będzie mu łatwiej, choć to tylko przedmioty.
  • Pozwalajcie dziecku oglądać wszystko, co wspólnie kupiliście, tyle razy, ile zechce. Oglądanie można zamienić w zabawę; można opowiadać dziecku, do czego te przedmioty będą mu służyły, jakie cudowne rzeczy można za ich pomocą zrobić i czego one nauczą.
  • Kupcie dziecku książeczkę o przedszkolu. Doskonali specjaliści, pedagodzy, psycholodzy i terapeuci napisali książki o przedszkolu w sposób doskonale przystosowany do sposobu przyswajania przez dziecko wiedzy o świecie. Jeśli poczytacie maluchowi takie publikacje, odkryjecie przed nim „nieznany świat”, sprawicie, że przestanie się go bać i wzbudzicie ciekawość, która sprawi, że pójdzie do przedszkola z przyjemnością. Do takich pozycji książkowych należą m.in: O przedszkolu Czesława Kulisiewicza, Witajcie w przedszkolu! Ingrid Kellner i Jutty Garbert czy Poradnik przedszkolaka. Mój pierwszy dzień w przedszkolu Magdaleny Chrzanowskiej.
  • Przychodźcie na przedszkolny plac zabaw. Pozwólcie oswoić się dziecku z budynkiem przedszkola oraz przedszkolnym ogrodem; stwórzcie sposobność, by  obserwowało, jak bawią się dzieci, które są już przedszkolakami, jak zachowują się nauczycielki w przedszkolu, jak zorganizowany jest dzień. Dziecko z czasem włączy się w zabawę i pozna zasady obowiązujące na placu zabaw w przedszkolu. Będzie to znana już mu strona życia przedszkola.
  • Opowiedzcie dziecku, jak to było, gdy sami byliście przedszkolakami. Przedstawcie przedszkole jako miejsce przyjazne, pełne zabawy i ludzi, którzy są przyjaźni. Mówcie o tym, jak wspaniale wspominacie czas spędzony w przedszkolu. Jeśli dziecko ma świadomość, że rodzice lubili przedszkole, nie będzie się go obawiało, a wasza postawa wzmocni jego przekonanie, że każdy chce być przedszkolakiem.
  • Nauczcie dziecko piosenki lub wierszyka o przedszkolu. Poczuje się ono pewniej, gdy dowie się od was, że w przedszkolu nauczy się ich o wiele więcej. Wytłumaczcie, że zdobywanie wiedzy jest bardzo ważne, bo pozwala lepiej zrozumieć otaczający świat i ludzi, a panie w przedszkolu potrafią zrobić to doskonale.
  • Zaproponujcie dziecku, by pobawiło się z Wami w przedszkole. Zorganizujcie dziecku w domu dzień podobny do tego, jak wygląda w przedszkolu. Pobawcie się z nim, zorganizujcie mini zajęcia dydaktyczne, poćwiczcie czynności samoobsługowe, połóżcie się na godzinkę po obiedzie, tak jak to jest w czasie poobiedniej drzemki, obejrzyjcie z dzieckiem bajkę, zjedzcie podwieczorek. Jeśli zapoznacie malucha z nowym rytmem dnia, łatwiej mu będzie przystosować się do nowych reguł.
  • Pozwólcie wybrać dziecku zabawkę, która razem z nim pójdzie do przedszkola. Niech ma towarzysza, któremu może opowiedzieć o swoich smutkach lub radościach. Da mu to poczucie bezpieczeństwa, będzie kojarzyło się z domem i ułatwi oczekiwanie na rodziców.

Stwarzając dziecku możliwość oswojenia się z przedszkolem, zanim pozostanie ono tam bez nas, dajemy mu także czas na przygotowanie się do tego pod względem psychicznym, emocjonalnym. Pozwalamy, by nowy świat przedszkolnego placu zabaw lub sali nie był już całkiem obcy i „wrogi”. Musimy mieć jednak świadomość, że lęku czy strachu u dziecka nie uda nam się całkowicie wyeliminować. Im lepiej poinformujemy nauczyciela o swoich oczekiwaniach oraz „specyfice” naszej pociechy, tym mniej stresujący będzie to moment zarówno dla nas, jako rodziców, i dla nauczycieli, ale przede wszystkim dla samego dziecka, które jest przecież najważniejsze.

Każdy maluszek jest inny! Ma swoją osobowość, charakter, upodobania, zainteresowania i lęki. Nie ukrywajmy więc przez nauczycielem i personelem przedszkola żadnych istotnych informacji o dziecku, mając płonną nadzieję, że „może się nie wyda, może się nic nie zdarzy lub może jakoś to będzie”. Nauczyciele w przedszkolu to osoby wykształcone, kompetentne i doświadczone w swoim zawodzie – naprawdę zrozumieją wiele, a często nawet pomogą!

13 podstawowych informacji, które warto przekazać nauczycielowi w przedszkolu: 

  1. Czy dziecko lubi się bawić z rówieśnikami lub rodzeństwem i jakie zabawy najczęściej je interesują?
  2. Czy dziecko jest otwarte na nowe wrażenia i ludzi? Jak to okazuje?
  3. Czego dziecko się boi?
  4. Jaki rodzaj zabawek dziecko preferuje i czym bawi się najczęściej?
  5. Jakie sytuacje powodują u dziecka płacz lub zdenerwowanie?
  6. Czego dziecko nie lubi jeść, a co lubi najbardziej?
  7. Jakie czynności samoobsługowe dziecko wykonuje samodzielnie, a przy których potrzebuje pomocy?
  8. Co najlepiej dziecko uspokaja?
  9. Jakie są mocne strony dziecka (rysowanie, lepienie z plasteliny, uczenie się wierszy, śpiewanie, aktywność fizyczna, aktywność słowna itp.)?
  10. Jakich czynności dziecko nie lubi wykonywać?
  11. Jak można zmotywować dziecko do podjęcia nowych działań?
  12. Jakie były dotychczasowe reakcje dziecka na rówieśników?
  13. W jaki sposób dziecko okazuje zdenerwowanie i smutek?

(Małgorzata Broniszewska)

 


 

Kij czy marchewka

 

Wydawać by się mogło, że w obecnych czasach odwieczne pytanie menedżerów o to jak skutecznie motywować ludzi do pracy, zupełnie straciło na znaczeniu. Trudna sytuacja gospodarcza w kraju, utrzymujące się na wysokim poziomie bezrobocie i związane z tym obawy pracowników o ich miejsca pracy – w oczach niektórych zapracowanych i skupionych na poszukiwaniu koncepcji wyjścia z trudnej sytuacji menedżerów – powinny same w sobie stanowić wystarczającą zachętę do pracy.
I rzeczywiście, w krótkim okresie czasu, brak zainteresowania ludźmi często nie przynosi żadnych widocznych zmian w ich postępowaniu. Może to prowadzić do złudnego przekonania mniej doświadczonych menedżerów, że w dzisiejszych szybkich i trudnych czasach, funkcje zarządcze można ograniczyć do planowania, organizowania i kontroli. Po pewnym jednak czasie okazuje się, że brak zainteresowania pracownikami, lub co gorsza oddziaływanie poprzez zagrożenia, a więc wywieranie presji związanej na przykład z możliwością utraty miejsca pracy, powoduje, że pracownicy poszukując sposobów na zaspokojenie swojej potrzeby bezpieczeństwa, \”okopują się\” na swoich pozycjach, traktując pozostałych współpracowników jako potencjalnych rywali i wrogów. A takie postawy i brak współpracy między pracownikami szybko odbija się na efektywności firmy.

Złym rozwiązaniem jest także zastąpienie funkcji motywowania rozbudowanymi narzędziami kontroli. W takiej sytuacji menedżer wygraża pracownikowi tzw. „kijem” budując w nim tzw. motywację negatywną, a obawa przed karą prowadzi go do „chowania głowy w piasek”, nie zauważania, bądź ukrywania problemów i błędów, zamiast ich jak najszybszego rozwiązywania. Metoda „kija” nie sprawdza się także w sytuacji udzielania informacji zwrotnej o wykonanym zadaniu. Naturalną skłonnością menedżerów jest informowanie pracowników jedynie o tym co robią źle i traktowanie dobrej pracy jako rzecz oczywistą. Warto jednak pamiętać, że nawet najbardziej skrupulatny menedżer nie byłby w stanie bez przerwy obserwować wszystkich swoich podwładnych, dlatego musi mieć świadomość, że o wielu aspektach ich pracy po prostu nie wie. Mądrość menedżera udzielającego informacji zwrotnej polega zawsze na omówieniu zarówno pozytywnych jak i negatywnych aspektów wykonania, oraz odpowiednim rozłożeniu akcentów, tak by pracownik nie miał wątpliwości czy został pochwalony, czy zganiony. W ten sposób szef nie tylko pozytywnie wpływa na postawę pracownika (motywuje), ale także buduje swój autorytet w jego oczach.

Z powyższych przykładów jednoznacznie wynika, że metoda „kija” nie jest najlepsza, a zastosowanie kary przynosi tylko krótkotrwały skutek, gdyż siła jej oddziaływania w czasie maleje – jest skuteczna tylko pod warunkiem, że pracownik rozumie i akceptuje racje, dla których został ukarany oraz wie jak postępować, aby w przyszłości kar uniknąć. Specjaliści od zarządzania zasobami ludzkimi są zdecydowanymi zwolennikami motywowania wyłącznie pozytywnego: nagradzać najlepszych, nie zapominać o dobrych, a karą dla pozostałych niech będzie brak nagrody. Jak jednak w okresie recesji firma ma sobie pozwolić na fundowanie pracownikom różnego rodzaju „marchewek”, czyli zachęt do lepszej pracy?

Rzeczywiście, sytuacja może wydawać się trudna o ile będziemy identyfikowali zachęty jedynie z różnego rodzaju świadczeniami o charakterze finansowym, jak premie czy nagrody. Są to niewątpliwie najsilniejsze bodźce oddziaływania na pracowników, pod warunkiem, że przyznaje się je: według jasnych i znanych wszystkim kryteriów, za konkretne rezultaty oraz w miarę możliwości bezpośrednio po ich osiągnięciu. Pamiętać jednak należy, że nagrody finansowe są zdecydowanie najdroższym sposób motywowania i dlatego ich dystrybucja w okresie stagnacji gospodarczej powinna być bardzo dobrze przemyślana.

Pewną alternatywą dla gotówki w postaci premii są zachęty pozafinansowe, w więc wypłacane pracownikowi jako prawo do korzystania np. ze sprzętu firmowego, co wpływa na komfort pracy. Są to najczęściej: telefon komórkowy, laptop, samochodu służbowy, które nie stanowią dla pracownika niezbędnego narzędzia pracy. Pozytywne nastawienie pracowników do tego typu bodźców wynika z chęci poprawy swojego standardu życia i statusu społecznego, choć pamiętać należy, że percepcja wartości poszczególnych przedmiotów zmienia się w czasie. O ile służbowy telefon komórkowy był jeszcze kilka lat temu szczytem marzeń niemal każdego pracownika i mógł być nawet powodem zmiany pracy, dzisiaj zaczyna już być traktowany jako rodzaj „smyczy”. Badania wynagrodzeń dowodzą, że najczęściej wykorzystywane w polskich firmach świadczenia pozapłacowe to: pożyczki dla pracowników, pomoc w edukacji, ubezpieczenie na życie oraz rabaty na produkty firmowe.

Przyznanie świadczenia pozafinansowego wiąże się jednak z ryzykiem uszczęśliwiania na siłę. W sytuacji, gdy np. przyznajemy pracownikowi samochód i stawiamy go w kłopotliwej sytuacji co zrobić z własnym, powodujemy, że zamiast przysporzyć mu powodów do dumy i radości, wpędziliśmy go w kłopot, którego rozwiązanie zajmie jego myśli na jakiś czas, odciągając tym samym od pracy. Rozwiązaniem korzystniejszym – zarówno dla samego pracownika, jak i dla firmy – tańszym i lepiej dostosowanym do potrzeb pracownika, czyli lepiej motywującym, byłby np.: ryczałt na paliwo. Dlatego duże korporacje stosują w celach motywacyjnych tzw. kafeteryjne systemy wynagrodzeń, umożliwiające pracownikom wybór świadczenia o określonej wartości z pewnej puli zaproponowanej przez firmę. Mogą tam być zajęcia sportowe, abonamenty na imprezy kulturalne, możliwość zakupu sprzętu RTV, AGD, itp.

Konstrukcja systemu nie jest prosta, a efektywne zarządzanie nim to duże wyzwanie dla firmy, dlatego raczej nie jest to dobre rozwiązanie na trudne czasy.

Okazuje się jednak, że nawet firmy, które nie mają wielkich zasobów finansowych mogą skutecznie motywować swoich ludzi, proponując im wszelkiego rodzaju zachęty o charakterze pozaekonomicznym.

Weźmy na przykład pod uwagę możliwość udziału w pracach ważnego zespołu (prestiż), wykazanie się na nieco innym niż dotychczas polu (ambicja). Bardzo dobrą zachętą, a także zupełnie darmowym sposobem na poprawienie morale pracowników jest usunięcie tego co ich demotywuje – jak na przykład zbędna kontrola, publiczne krytykowanie. Pozytywnie na zespół wpłynie także poprawa wzajemnej komunikacji, jasne sprecyzowanie wymagań stawianych poszczególnym osobom i kryteriów oceny ich pracy.

Jakakolwiek byłaby forma motywowania pracowników przyjęta w firmie, dobry szef powinien znać swoich ludzi i orientować się jakie bodźce najskuteczniej na nich oddziałują. Ludzie są przecież bardzo różni i jeden będzie wymagał dużej motywacji zewnętrznej – porywających wizji, do których będzie się mógł zapalić, a inny będzie oczekiwał raczej konkretnych celów, za osiągnięcie których będzie oczekiwał np. awansu, ktoś inny będzie cenił sobie przede wszystkim wspaniałą koleżeńską atmosferę w zespole, a jeszcze inny najlepiej będzie się realizował jako lider czy koordynator pracy innych. Nie dla wszystkich więc najważniejsza dla utrzymania wysokiej motywacji do pracy jest pionowa ścieżka awansu, czy dodatkowa gratyfikacja. Jeśli firmy na to nie stać, dobry szef znajdzie inne sposoby oddziaływania na swoich podwładnych. Jedno jest jednak pewne. Im sytuacja ekonomiczna jest trudniejsza tym więcej uwagi należy skupić na utrzymanie wysokiego morale w zespole i jego motywowanie, gdyż wobec trudnej sytuacji rynkowej o wiele trudniej jest wypracowywać te same efekty co w czasach prosperity, a więc wszyscy ci, którzy uzyskują lepsze wyniki, zasługują na szczególne wyrazy uznania. A dobry przykład najlepiej zmotywuje pozostałych.

(Anna Jędrzejczak)